poniedziałek, 30 września 2013

Nieść pomoc najmłodszym.

Dwa dni temu utworzyłam wydarzenie na facebook'u Akcja modlitewna za dzieci zagrożone aborcją - Klik dzisiaj już ponad 600 osób bierze w niej udział, a ponad 4000 jest zaproszonych! Cieszę się bardzo, że tak miło odebraliście tę inicjatywę i chcecie bronić najmłodszych. Dzięki Wam wydarzenie zostało udostępnione na kilku cenionych stronach i wiele osób podjęło już modlitwę. Również zagraniczne strony udostępniły to wydarzenie - co jest dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem :) Opis wydarzenia został przetłumaczony na język angielski, dzięki temu ma większy zasięg :)
Jeszcze raz bardzo serdecznie dziękuję i proszę o udostępnienie wydarzenia - chciałabym żeby jak najwięcej osób zaangażowało się w to przedsięwzięcie :) Nasza modlitwa może ocalić życie wielu dzieci!
Zachęcam do obserwowania mnie na twitterze - tam również będę pisała o akcji :)

Dobranoc!




Ślady na piasku




Pewien człowiek po śmierci spotkał się z Panem Bogiem w niebie. Zaczęli oni przyglądać się jego życiu i temu jakie ono było. Człowiek ten przyglądając się pewnym ciężkim fragmentom swojego życia, stwierdził ze chyba nie było wtedy przy nim Boga i jego pomocy, ze musiał radzić sobie ze wszystkim sam. Bóg dla łatwiejszego zobrazowania mu prawdy przedstawił temu człowiekowi jego drogę życiowa w postaci drogi na piasku. Człowiek ten zauważył ze jego życie to jego ślady i ślady Boga obok. Zauważył ze w momentach, gdy w życiu było mu źle, smutno i ciężko widzi tylko jedne ślady na piasku. Powiedział do Boga – mówiłeś ze jeśli ludzie idą przez życie z Tobą, będziesz zawsze przy nich i będziesz im pomagał a tutaj popatrz. Miałem racje, tam gdzie było mi naprawdę ciężko widać tylko moje ślady. Gdzie wtedy byłeś Boże?. Moje drogie dziecko, powiedział Bóg, – kiedy nie widziałeś śladu drugich stop w tych trudnych chwilach – to wtedy ja Cię niosłem na swoich ramionach.

Nigdy nie jesteśmy sami.


Wszystkim chłopcom, tym małym i tym nieco większym życzymy wielu Łask, niech Pan Bóg Wam Błogosławi na każdy dzień :) 

Kasia i Weronika


27 kwietnia 2013 :)


Kanonizacja Jana Pawła II i Jana XXIII odbędzie się 27 kwietnia przyszłego roku - ogłosił papież Franciszek podczas konsystorza w poniedziałek w Watykanie. W konsystorzu wzięli udział kardynałowie z Rzymu i z innych krajów, wśród nich kardynał Stanisław Dziwisz.


Zgodnie z przewidywaniami obaj papieże zostaną wyniesieni na ołtarze w Niedzielę Miłosierdzia Bożego, święto ustanowione przez Jana Pawła II.

Data mszy kanonizacyjnej została ogłoszona przez papieża Franciszka niespełna pół godziny po rozpoczęciu konsystorza. Po krótkiej modlitwie w Sali Konsystorza prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kardynał Angelo Amato przedstawił sylwetki obu kandydatów do świętości. Zwrócił szczególną uwagę na ich służbę na rzecz pokoju, podkreślając, że do niej zachęca także papież Franciszek. Przypomniał również, że Jan XXIII i Jan Paweł II stali na czele Kościoła w okresach "radykalnych transformacji" i krzewili ideę godności człowieka.

W konsystorzu uczestniczyli także dwaj polscy purpuraci pracujący w Watykanie; to prefekt Kongregacji Wychowania Katolickiego kardynał Zenon Grocholewski i przewodniczący Papieskiej Rady ds. Świeckich kardynał Stanisław Ryłko.


niedziela, 29 września 2013

Mam tylko swoją wiarę

Tekst znalazłam w internecie na stronie "Ciekawe linki dające światło prawdy". Daje do myślenia - zachęcam do przeczytania i udostępniania wpisu :)

Niewierzący profesor filozofii stojąc w audytorium wypełnionym studentami zadaje pytanie jednemu z nich:
- Jesteś chrześcijaninem

 synu, prawda?
- Tak, panie profesorze.
- Czyli wierzysz w Boga.
- Oczywiście.
- Czy Bóg jest dobry?
- Naturalnie, że jest dobry.
- A czy Bóg jest wszechmogący? Czy Bóg może wszystko?
- Tak.
- A Ty - jesteś dobry czy zły?
- Według Biblii jestem zły.
Na twarzy profesora pojawił się uśmiech wyższości
- Ach tak, Biblia!
A Po chwili zastanowienia dodaje:
- Mam dla Ciebie pewien przykład. Powiedzmy że znasz chorą I cierpiącą osobę, którą możesz uzdrowić. Masz takie zdolności. Pomógłbyś tej osobie? Albo czy spróbowałbyś przynajmniej?
- Oczywiście, panie profesorze.
- Więc jesteś dobry...!
- Myślę, że nie można tego tak ująć.
- Ale dlaczego nie? Przecież pomógłbyś chorej, będącej w potrzebie osobie, jeśli byś tylko miał taką możliwość. Większość z nas by tak zrobiła. Ale Bóg nie.
Wobec milczenia studenta profesor mówi dalej
- Nie pomaga, prawda? Mój brat był chrześcijaninem I zmarł na raka, pomimo że modlił się do Jezusa o uzdrowienie. Zatem czy Jezus jest dobry? Czy możesz MI odpowiedzieć na to pytanie?
Student nadal milczy, więc profesor dodaje
- Nie potrafisz udzielić odpowiedzi, prawda?
Aby dać studentowi chwilę zastanowienia profesor sięga Po szklankę ze swojego biurka I popija łyk wody.
- Zacznijmy do początku chłopcze. Czy Bóg jest dobry?
- No tak... Jest dobry.
- A czy szatan jest dobry?
Bez chwili wahania student odpowiada
- Nie.
- A do kogo pochodzi szatan?
Student aż drgnął:
- Do Boga.
- No właśnie. Zatem to Bóg stworzył szatana. A teraz powiedz MI jeszcze synu - czy na świecie istnieje zło?
- Istnieje panie profesorze ...
- Czyli zło obecne jest we Wszechświecie. A to przecież Bóg stworzył Wszechświat, prawda?
- Prawda.
- Więc kto stworzył zło? Skoro Bóg stworzył wszystko, zatem Bóg stworzył również I zło. A skoro zło istnieje, więc zgodnie z regułami logiki także I Bóg jest zły.
Student ponownie nie potrafi znaleźć odpowiedzi..
- A czy istnieją choroby, niemoralność, nienawiść, ohyda? Te wszystkie okropieństwa, które pojawiają się w otaczającym nas świece?
Student drżącym głosem odpowiada
- Występują.
- A kto je stworzył?
W sali zaległa cisza, więc profesor ponawia pytanie
- Kto je stworzył?
Wobec braku odpowiedzi profesor wstrzymuje krok I zaczyna się rozglądać Po audytorium. Wszyscy studenci zamarli.
- Powiedz MI - wykładowca zwraca się do kolejnej osoby
- Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa synu?
Zdecydowany ton odpowiedzi przykuwa uwagę profesora:
- Tak panie profesorze, wierzę.
Starszy człowiek zwraca się do studenta:
- W świetle nauki posiadasz pięć zmysłów, które używasz do oceny otaczającego cię świata. Czy kiedykolwiek widziałeś Jezusa?
- Nie panie profesorze. Nigdy Go nie widziałem.
- Powiedz nam zatem, czy kiedykolwiek słyszałeś swojego Jezusa?
- Nie panie profesorze..
- A czy kiedykolwiek dotykałeś swojego Jezusa, smakowałeś Go, czy może wąchałeś? Czy kiedykolwiek miałeś jakiś fizyczny kontakt z Jezusem Chrystusem, czy też Bogiem w jakiejkolwiek postaci?
- Nie panie profesorze.. Niestety nie miałem takiego kontaktu.
- I nadal w Niego wierzysz?
- Tak.
- Przecież zgodnie z wszelkimi zasadami przeprowadzania doświadczenia, nauka twierdzi że Twój Bóg nie istnieje... Co Ty na to synu?
- Nic - pada w odpowiedzi - mam tylko swoją wiarę.
- Tak, wiarę... - powtarza profesor - I właśnie w tym miejscu nauka napotyka problem z Bogiem. Nie ma dowodów, jest tylko wiara.
Student milczy przez chwilę, Po czym Sam zadaje pytanie:
- Panie profesorze - czy istnieje coś takiego jak ciepło?
- Tak.
- A czy istnieje takie zjawisko jak zimno?
- Tak, synu, zimno również istnieje.
- Nie, panie profesorze, zimno nie istnieje.
Wyraźnie zainteresowany profesor odwrócił się w kierunku studenta.
Wszyscy w sali zamarli. Student zaczyna wyjaśniać:
- Może pan mieć dużo ciepła, więcej ciepła, super-ciepło, mega ciepło, ciepło nieskończone, rozgrzanie do białości, mało ciepła lub też brak ciepła, ale nie mamy niczego takiego, co moglibyśmy nazwać zimnem. Może pan schłodzić substancje do temperatury minus 273,15 stopni Celsjusza (zera absolutnego), co właśnie oznacza brak ciepła - nie potrafimy osiągnąć niższej temperatury. Nie ma takiego zjawiska jak zimno, w przeciwnym razie potrafilibyśmy schładzać substancje do temperatur poniżej 273,15stC. Każda substancja lub rzecz poddają się badaniu, kiedy posiadają energię lub są jej źródłem. Zero absolutne jest całkowitym brakiem ciepła. Jak pan widzi profesorze, zimno jest jedynie słowem, które służy nam do opisu braku ciepła. Nie potrafimy mierzyć zimna. Ciepło mierzymy w jednostkach energii, ponieważ ciepło jest energią. Zimno nie jest przeciwieństwem ciepła, zimno jest jego brakiem.
W sali wykładowej zaległa głęboka cisza. W odległym kącie ktoś upuścił pióro, wydając tym odgłos przypominający uderzenie młota.
- A co z ciemnością panie profesorze? Czy istnieje takie zjawisko jak ciemność?
- Tak - profesor odpowiada bez wahania - czymże jest noc jeśli nie ciemnością?
- Jest pan znowu w błędzie. Ciemność nie jest czymś, ciemność jest brakiem czegoś. Może pan mieć niewiele światła, normalne światło, jasne światło, migające światło, ale jeśli tego światła brak, nie ma wtedy nic i właśnie to nazywamy ciemnością, czyż nie? Właśnie takie znaczenie ma słowo ciemność. W rzeczywistości ciemność nie istnieje. Jeśli istniałaby, potrafiłby pan uczynić ją jeszcze ciemniejszą, czyż nie?
Profesor uśmiecha się nieznacznie patrząc na studenta. Zapowiada się dobry semestr.
- Co mi chcesz przez to powiedzieć młody człowieku?
- Zmierzam do tego panie profesorze, że założenia pańskiego rozumowania są fałszywe już od samego początku, zatem wyciągnięty wniosek jest również fałszywy.
Tym razem na twarzy profesora pojawia się zdumienie:
- Fałszywe? W jaki sposób zamierzasz mi to wytłumaczyć?
- Założenia pańskich rozważań opierają się na dualizmie - wyjaśnia student
- twierdzi pan, że jest życie i jest śmierć, że jest dobry Bóg i zły Bóg. Rozważa pan Boga jako kogoś skończonego, kogo możemy poddać pomiarom. Panie profesorze, nauka nie jest w stanie wyjaśnić nawet takiego zjawiska jak myśl. Używa pojęć z zakresu elektryczności i magnetyzmu, nie poznawszy przecież w pełni istoty żadnego z tych zjawisk. Twierdzenie, że
śmierć jest przeciwieństwem życia świadczy o ignorowaniu faktu, że śmierć nie istnieje jako mierzalne zjawisko. Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, tylko jego brakiem. A teraz panie profesorze proszę mi odpowiedzieć Czy naucza pan studentów, którzy pochodzą od małp?
- Jeśli masz na myśli proces ewolucji, młody człowieku, to tak właśnie jest.
- A czy kiedykolwiek obserwował pan ten proces na własne oczy?
Profesor potrząsa głową wciąż się uśmiechając, zdawszy sobie sprawę w jakim kierunku zmierza argumentacja studenta. Bardzo dobry semestr, naprawdę.
- Skoro żaden z nas nigdy nie był świadkiem procesów ewolucyjnych I nie jest w stanie ich prześledzić wykonując jakiekolwiek doświadczenie, to przecież w tej sytuacji, zgodnie ze swoją poprzednią argumentacją, nie wykłada nam już pan naukowych opinii, prawda? Czy nie jest pan w takim razie bardziej kaznodzieją niż naukowcem?
W sali zaszemrało. Student czeka aż opadnie napięcie.
- Żeby panu uzmysłowić sposób, w jaki manipulował pan moim poprzednikiem, pozwolę sobie podać panu jeszcze jeden przykład - student rozgląda się po sali
- Czy ktokolwiek z was widział kiedyś mózg pana profesora?
Audytorium wybucha śmiechem.
- Czy ktokolwiek z was kiedykolwiek słyszał, dotykał, smakował czy wąchał mózg pana profesora? Wygląda na to, że nikt. A zatem zgodnie z naukową metodą badawczą, jaką przytoczył pan wcześniej, można powiedzieć, z całym szacunkiem dla pana, że pan nie ma mózgu, panie profesorze. Skoro nauka mówi, że pan nie ma mózgu, jak możemy ufać pańskim wykładom, profesorze?
W sali zapada martwa cisza. Profesor patrzy na studenta oczyma szerokimi z niedowierzania. Po chwili milczenia, która wszystkim zdaje się trwać wieczność profesor wydusza z siebie:
- Wygląda na to, że musicie je brać na wiarę.
- A zatem przyznaje pan, że wiara istnieje, a co więcej - stanowi niezbędny element naszej codzienności. A teraz panie profesorze, proszę mi powiedzieć, czy istnieje coś takiego jak zło?
Niezbyt pewny odpowiedzi profesor mówi
- Oczywiście że istnieje.Dostrzegamy je przecież każdego dnia. Choćby w codziennym występowaniu człowieka przeciw człowiekowi. W całym ogromie przestępstw i przemocy
obecnym na świecie. Przecież te zjawiska to nic innego jak właśnie zło.
Na to student odpowiada:
- Zło nie istnieje panie profesorze, albo też raczej nie występuje jako zjawisko samo w sobie. Zło jest po prostu brakiem Boga. Jest jak ciemność i zimno, występuje jako słowo stworzone przez człowieka dla określenia braku Boga. Bóg nie stworzył zła. Zło pojawia się w momencie, kiedy człowiek nie ma Boga w sercu. Zło jest jak zimno, które jest skutkiem braku ciepła i jak ciemność, która jest wynikiem braku światła.
Profesor osunął się bezwładnie na krzesło.


Tym drugim studentem był Albert Einstein. Einstein napisał książkę
zatytułowaną "Bóg a nauka" w roku 1921.



Dzisiaj jest NIEDZIELA! Byliście już na Mszy Świętej? :)

(Łk 16,1-13)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Pewien bogaty człowiek miał rządcę, którego oskarżono przed nim, że trwoni jego majątek. Przywołał go do siebie i rzekł mu: Cóż to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z twego zarządu, bo już nie będziesz mógł być rządcą. Na to rządca rzekł sam do siebie: Co ja pocznę, skoro mój pan pozbawia mię zarządu? Kopać nie mogę, żebrać się wstydzę. Wiem, co uczynię, żeby mię ludzie przyjęli do swoich domów, gdy będę usunięty z zarządu. Przywołał więc do siebie każdego z dłużników swego pana i zapytał pierwszego: Ile jesteś winien mojemu panu? Ten odpowiedział: Sto beczek oliwy. On mu rzekł: Weź swoje zobowiązanie, siadaj prędko i napisz: pięćdziesiąt. Następnie pytał drugiego: A ty ile jesteś winien? Ten odrzekł: Sto korcy pszenicy. Mówi mu: Weź swoje zobowiązanie i napisz: osiemdziesiąt. Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił. Bo synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światłości. Ja też wam powiadam: Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy /wszystko/ się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków. Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powierzy? Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze? żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie.



czwartek, 26 września 2013

Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą!

Mam 16 lat, chodzę do szkoły, mam szczęśliwe dzieciństwo i w zasadzie jeśli wybiegam w przyszłość myślami to ogranicza się to jedynie do tego co wydarzy się w następnym tygodniu, czy będzie klasówka z matematyki albo innego przedmiotu. Pewnie wiele osób w moim wieku, a może i starszych nie zastanawia się nad tym kiedy nadejdzie spotkanie z Ojcem w Niebie. No właśnie czy nie jest to błąd? Wiem, że może wydaje się Wam dziwne, że szesnastolatka, która powinna przejmować się jedynie tym, w co się ubrać do szkoły porusza taki temat. Nie wiem, może uznacie, że nie powinnam tego pisać ale się odważę :) Moje ziemskie życie bardzo mi się podoba i chciałabym, żeby jeszcze trochę potrwało ale przecież nie znamy dnia ani godziny. Co by się stało gdybym miała wypadek i dowiedziałabym się, że umrę za parę godzin? Pewnie na początku nie potrafiłabym zebrać myśli ale później zaczęłabym się zastanawiać od czego zacząć. Pewnie na początku chciałabym się pojednać z Bogiem,przeprosiłabym tych, których mogłam zranić, oddała wszystko co mam biednym… Tylko nie wiem czy te kilka godzin to nie byłoby zbyt mało czasu.
Nie lepiej tak żyć w zgodzie z bliźnim cały czas? Nie jest tak łatwiej? Nie znacie dnia, ani godziny, nie wiecie zatem kiedy Pan Was do siebie zaprosi. W ostatnich latach zmarły dwie bardzo bliskie mi osoby. Śmierć jednej z nich uświadomiła mi, że należy cieszyć się każdą chwilą, każdą możliwą godzinę spędzać w gronie przyjaciół i rodziny. Nie zostawiajcie otwartych spraw, nie czekajcie z przeprosinami do ostatniej chwili, bo możecie nie zdążyć tego zrobić…
Pokłóciłaś/eś się z kimś z rodziny, znajomym, przyjacielem? NIE CZEKAJ!!  W TEJ CHWILI WYŁĄCZAJ TEN KOMPUTER, WEŹ TELEFON DO RĘKI, ZADZWOŃ DO TEJ OSOBY I WYJAŚNIJCIE SOBIE WSZYSTKO!  :)

Ojciec Pio!

Stygmaty św. o. Pio
Widzialnym znakiem przyjęcia przez Boga tego aktu ofiarowania się o. Pio, w duchu ekspiacji za grzechy innych ludzi i dusze w czyśćcu cierpiące, było udzielenie mu stygmatów – nieustannie krwawiących ran, znaków szczególnego zjednoczenia się z Chrystusem w Jego cierpieniu za zbawienie wszystkich.
Pierwsze oznaki cierpień spowodowanych przez stygmaty zaczęły się pojawiać u o. Pio już w 1910 r. 7 września tego roku ukazali mu się Jezus i Maryja – i wtedy właśnie na swych rękach po raz pierwszy zobaczył rany Chrystusa, które po pewnym czasie zniknęły, dzięki usilnej prośbie o. Pio. To zjawisko powtórzyło się z jeszcze większą intensywnością we wrześniu 1911 r. oraz w marcu 1912 r. Pan Jezus stopniowo przygotowywał o. Pio do przyjęcia na stałe znaków swojej zbawczej męki. 5 sierpnia 1918 r. zakonnik otrzymał ranę boku. Pisze w jednym ze swoich listów, że podczas słuchania spowiedzi „przed oczami, mego umysłu stanął Niebiański Gość”, który „rozpalonym narzędziem rzucił z całej siły w mą duszę. (…) Od owego dnia zacząłem nosić w sobie śmiertelną ranę. W całej głębi duszy czuję stale otwartą ranę, źródło mych ustawicznych katuszy”. Wszystkie rany Chrystusa pojawiły się na ciele o. Pio 20.08.1918 r. Tak opisał to niezwykłe wydarzenie w liście do swojego kierownika duchowego: „(…) po odprawieniu Mszy św. ogarnęło mnie jakieś dziwne ukojenie, podobne do słodkiego snu. Wszystkie zewnętrzne i wewnętrzne zmysły, a także władze duszy ogarnął wręcz niewypowiedziany spokój. Wszystko odbyło się w wielkiej ciszy, jaka panowała wokół mnie i we mnie”. Ojciec Pio pisze, że zobaczył tajemniczą postać, która miała „ręce, nogi i klatkę piersiową ociekające krwią. (…) Postać na chwilę cofnęła się, a ja zauważyłem, że moje ręce, nogi i pierś zostały przebite i ociekają krwią. Możesz sobie wyobrazić ból, jaki przeżyłem i odczuwam nieustannie niemal każdego dnia. Rana serca nieustannie wyrzuca strumienie krwi. Dzieje się to zwłaszcza od czwartku wieczorem do soboty. Ojcze mój, umieram wręcz z bólu i zawstydzenia, które odczuwam w głębi swojej duszy. Lękam się, że umrę na skutek upływu krwi, chyba że Pan wysłucha błagalne westchnienia mego biednego serca i powstrzyma to działanie. Czy jednak Jezus, który jest tak dobry, zechce udzielić mi tej łaski? A może przynajmniej usunie to zawstydzenie, jakiego doznaję każdego dnia przez te zewnętrzne znaki? Będę Go błagał i zaklinał na wszystko, aby zesłał na mnie najgorsze bóle i cierpienia, aby pozostawił tę wyniszczającą mnie udrękę, ale by zabrał te zewnętrzne znaki, które mnie tak zawstydzają i upokarzają w sposób wręcz nie do opisania i wytrzymania. Pragnę natomiast, by mnie nasycił samym tylko cierpieniem” (22.10.1918 r.).
Pan Jezus nie wysłuchał tych próśb, gdyż pragnął wszystkim wątpiącym i niewierzącym dać widoczny znak, wzywający ich do nawrócenia: aby na ciele o. Pio mogli zobaczyć krwawiące rany -znaki Jego strasznej męki i śmierci, spowodowane grzechami i brakiem wiary w Jego miłość i miłosierdzie.
Ojciec Pio z widocznymi
stygmatami na
dłoniach, 1918 r.
Ojciec Pio wszelkimi sposobami pragnął ukryć te swoje nieustannie krwawiące rany, aby nikt się o nich nie dowiedział. Było to jednak niemożliwe, ponieważ rany obficie krwawiły i trzeba było często zmieniać opatrunki. Tak o stygmatach o. Pio pisał gwardian klasztoru w liście do przełożonego generalnego: „(…) są to autentyczne rany na wylot. W boku zaś widnieje istne rozdarcie, z którego nieustannie wypływa krew”.
Przez 50 lat, aż do swojej śmierci, o. Pio nosił na swoim ciele nieustannie krwawiące rany, znaki męki i śmierci Chrystusa.
Badania lekarskie stygmatów
Wieść o stygmatach o. Pio rozniosła się lotem błyskawicy najpierw we Włoszech, a później po całym świecie. Do San Govanni Rotondo zaczęli przyjeżdżać dziennikarze, którzy byli świadkami spektakularnych cudów i licznych, również własnych, nawróceń dzięki modlitwie o. Pio. Z powodu wielkiego rozgłosu władze zakonne poczuły się zobligowane, aby poddać rany o. Pio szczegółowym badaniom lekarskim.
Przełożeni zakonni poprosili najpierw prof. Luigiego Romanellego, aby zbadał stygmaty o. Pio. Szczegółowe badania odbyły się 14.05.1919 r. Wykazały one, że rany stóp i rąk zakonnika są na wylot, natomiast rana jego boku obficie broczy krwią o charakterze tętniczym i ma długość 8 cm. W końcowym oświadczeniu prof. Romanelli napisał: „Etiologia ran o. Pio nie jest pochodzenia naturalnego. Przyczyn, które spowodowały ich zaistnienie, należy szukać w wymiarze nadprzyrodzonym. Medycyna nie j est w stanie wyjaśnić tego faktu”.
Poproszono także o badanie stygmatów o. Pio profesora Bignamiego, który był ateistą i z góry wykluczał działanie sił nadprzyrodzonych, ponieważ w ich istnienie po prostu nie wierzył. Po badaniach profesor ze zdziwieniem stwierdził, że nie ma takich chemicznych substancji oraz chorób, które byłyby w stanie wywołać tego typu rany. Profesor Bignami zalecił o. Pio kurację, gdyż chciał udowodnić, że po dwóch tygodniach jej stosowania rany zakonnika się zagoją. Nakazał, aby: 1) o. Pio nie miał żadnego dostępu do jodyny i innych środków medycznych; 2) zabandażowano rany i opieczętowano je w obecności dwóch świadków; 3) rany były kontrolowane każdego dnia rano przez 8 dni i aby po kontroli ponownie nakładano na nie pieczęcie.
Przełożeni klasztoru z wielką skrupulatnością dopilnowali, aby wskazania prof. Bignamiego zostały wcielone w życie. Okazało się, że w czasie ośmiodniowej kuracji rany o. Pio w ogóle się nie goiły i cały czas obficie krwawiły.
Kolejnym specjalistą badającym stygmaty o. Pio był prof. Giorgio Festa, który w sprawozdaniu napisał o doskonałym funkcjonowaniu całego systemu nerwowego o. Pio oraz jego władz duchowych. Stwierdził, że rany z całą pewnością nie powstały na skutek działań samego pacjenta, że na pewno nie zaistniały dzięki działaniu jakichś czynników zewnętrznych lub wewnętrznych, a wyglądu i etiologii ran nie można wyjaśnić na gruncie wiedzy medycznej.
Przez 50 lat stygmaty o. Pio nieustannie krwawiły, nie goiły się, zachowując ciągłą świeżość, nie powodowały ropni, stanów zapalnych ani martwicy. Było to zjawisko pozostające w całkowitej sprzeczności z prawami biologii. Na dodatek w chwili śmierci o. Pio jego rany całkowicie zniknęły i nie zostawiły po sobie najmniejszej nawet blizny. Dla lekarzy był to kolejny niesamowity cud, gdyż wszystkie rany spowodowane przez uszkodzenie tkanek zostawiają po sobie trwały ślad w postaci widocznych blizn. Fakt zniknięcia ran o. Pio w chwili śmierci, bez pozostawienia jakichkolwiek blizn, jest dla nauk medycznych przypadkiem absolutnie niewytłumaczalnym.
Stygmaty Ojca Pio były szczególnie wymownym znakiem wzywającym wszystkich do nawrócenia. Bóg w swoim wielkim miłosierdziu poprzez osobę o. Pio dawał ludziom szansę powrotu do Niego w szczególnie trudnym czasie wielkiego kryzysu duchowego, w jakim znalazła się ludzkość.
Tajemnica cierpienia
Stygmaty św. o. Pio, których istnienia nauka nie była w stanie wyjaśnić, były ranami, które zostały zadane Jezusowi w czasie Jego krzyżowej męki. Ujawnienie się tych ran na ciele o. Pio stało się możliwe dzięki jego całkowitemu, mistycznemu zjednoczeniu się z Jezusem oraz dzięki specjalnej łasce Bożej. Poprzez stygmaty Pan Jezus pragnie nam uświadomić, że każdy nasz grzech zadaje Mu straszne cierpienie.
W osobie o. Pio cierpiał i pokazywał nam swoje rany sam Jezus Chrystus. Będąc prawdziwym Bogiem – a w Bogu jest ciągłe „teraz” – Jezus mógł wziąć z historii każdego człowieka wszystkie grzechy i cierpienia i obarczyć nimi swoje człowieczeństwo. Cierpiąc i umierając za każdego człowieka, w swoim zmartwychwstaniu wybawił nas od tego ostatecznego zła i cierpienia, jakim jest wieczne potępienie. Sprawił, że każde – nawet najbardziej bezsensowne i niezawinione – cierpienie w zjednoczeniu z Nim staje się drogą zbawienia, a więc jest wielką łaską i darem. Ale tylko wtedy Jezus będzie mógł nam udzielić daru zbawienia, gdy się na to zgodzimy, gdy z całym swoim cierpieniem, ze wszystkimi grzechami całkowicie zaufamy i zawierzymy Mu siebie w sakramentach pokuty i Eucharystii, gdy będziemy się modlić oraz postępować drogą przykazań i Ewangelii.
Ojciec Święty Jan Paweł II pisze, że każdy człowiek Jest wezwany do uczestnictwa w owym cierpieniu, przez które Odkupienie się dokonało. Jest wezwany do uczestnictwa w tym cierpieniu, przez które każde ludzkie cierpienie zostało także odkupione. Dokonując Odkupienia przez cierpienie, Chrystus wyniósł zarazem ludzkie cierpienie na poziom Odkupienia. Przeto też w swoim ludzkim cierpieniu każdy człowiek może stać się uczestnikiem odkupieńczego cierpienia Chrystusa” (List apostolski „Sahifici doloris” o chrześcijańskim sensie ludzkiego cierpienia, 19).
Dzięki męce i śmierci krzyżowej Jezusa „słabości wszelkich cierpień człowieka może przeniknąć ta sama Boża moc, która objawiła się w Krzyżu Chrystusa. W tym zrozumieniu: cierpieć – to znaczy stawać się jakby szczególnie podatnym, szczególnie otwartym na działanie zbawczych mocy Boga, ofiarowanych ludzkości w Chrystusie. W Nim Bóg potwierdził, że chce działać szczególnie poprzez cierpienie, które jest słabością i wyniszczeniem człowieka – i chce w tej właśnie słabości i wyniszczeniu objawiać swoją moc. Tym może się także tłumaczyć wezwanie z listu Piotra: «Jeżeli zaś (ktoś) cierpi jako chrześcijanin, niech się nie wstydzi, ale niech wychwala Boga w tym imieniu!» (Salvifici doloris, 23).
Poprzez swoje rany, widoczne na ciele św. o. Pio, Pan Jezus zaprasza każdego i każdą z nas, aby ofiarował(a) Mu wszystkie swoje cierpienia. Bo tylko wtedy będziemy od Niego otrzymywali zbawczą moc Bożej miłości. Tylko wtedy nasze cierpienie nie będzie się marnowało, nie będzie nas niszczyło, nie będzie dla nas źródłem przekleństwa, ale wielkiego błogosławieństwa, ponieważ będziemy współuczestniczyć w tajemnicy Jezusowego cierpienia i śmierci za zbawienie świata.
Największym dramatem i duchowym cierpieniem człowieka jest stan grzechu śmiertelnego. Pan Jezus wzywa nas, abyśmy natychmiast powstawali z każdego ciężkiego upadku i w sakramencie pokuty oddawali Mu swoje zniewolone i poranione serce, aby mógł dokonać największego cudu, jakim jest przebaczenie grzechów.
Każde cierpienie, którego doświadcza człowiek, jest tylko cząstką tego cierpienia, które stało się udziałem Chrystusa na krzyżu. Jeżeli ofiarowujemy je Jezusowi, to pozwalamy Mu, aby przeniknęła je zbawcza moc Jego miłości. Wtedy będziemy doświadczać, tak jak św. o. Pio, radosnej tajemnicy ostatecznego zwycięstwa Chrystusa nad szatanem, grzechem, cierpieniem i śmiercią. Ojciec Pio był zanurzony w nieustannej modlitwie oraz w całkowitym oddaniu siebie Jezusowi w ofierze zadośćuczynienia za grzechy innych ludzi. Codziennie w zjednoczeniu z Jezusem św. o. Pio mógł brać na swoje barki cierpienia i problemy wszystkich ludzi, którzy zwracali się do niego z prośbą o pomoc. Składając samego siebie Bogu w ofierze zadośćuczynienia za grzechy innych ludzi, św. o. Pio używał najskuteczniejszej broni do przezwyciężania wszelkiego zła. W liście do o. Augustyna pisał: „Jestem bardziej zadowolony, gdy cierpię – i gdybym nie słuchał głosu serca, prosiłbym Pana Jezusa, aby dał mi wszystkie cierpienia ludzi. Ale tego nie czynię, ponieważ obawiam się, że będę zbyt samolubny, pragnąc dla siebie lepszej części, którą jest ból. W cierpieniu Pan Jezus jest bliżej, przygląda się i jest Tym, który przychodzi, aby żebrać o ból i łzy, potrzebuje ich dla dusz” (12.04.1912).
Ojciec Pio często mówił ludziom: „Biorę na siebie waszą mękę!”. Brał na siebie cierpienia innych, doświadczając ich w całej pełni. Ale u św. o. Pio cierpienie przeplatało się z wielką radością wynikającą ze zjednoczenia z Chrystusem. Kiedy we wspólnocie zakonnej przebywał z braćmi, był duszą towarzystwa, żartował pełen radości. Jednak po pewnym czasie musiał odchodzić z powodu wielkiego cierpienia. Mówił: „jestem jedną wielką raną”. Pisał do swej córki duchowej: „Nie kocham cierpienia dla niego samego, lecz dla owoców, które przynosi: oddaje chwałę Bogu, zbawia dusze, wybawia z czyśćca – czy mogę chcieć więcej?”.
„Wiem, że wszyscy cierpicie. Odwagi!” – pisał św. o. Pio. „Zaufanie do naszej Matki jest gwarancją, że wyciągnie Ona swą dłoń, by pocieszyć nas wszystkich. W każdym chorym jest Jezus, który cierpi. W każdym ubogim jest Jezus, który kona. W każdym ubogim chorym jest Jezus, który cierpi i kona podwójnie”.

"Panie Jezu Chryste, oddaję Ci siebie wraz 
ze wszystkimi swoimi cierpieniami fizycznymi 
i duchowymi. Oddaję Ci caty swój lęk przed 
cierpieniem i śmiercią oraz poczucie 
nieużyteczności cierpienia. 

Pragnę jednoczyć się z Tobą, Jezu, 
w Twoim cierpieniu na krzyżu za zbawienie 
świata, aby z tego źródła naszego 
zbawienia czerpać moc uzdrowienia, 
siły do niesienia cierpienia oraz 
radość z Twojego zwycięstwa nad szatanem, 
cierpieniem, grzechem i śmiercią. 

Święty Ojcze Pio, módl się za nami 
i pomagaj nam w ofiarowywaniu cierpienia 
za nawrócenie grzeszników oraz 
w intencjach całego Kościoła!".

Macie uszy, a nie słyszycie. Macie oczy, a nie widzicie!

Często mówicie, że pytacie się Boga o różne rzeczy, a On nie daje Wam odpowiedzi. I oczywiście to Pan Bóg wychodzi na tego, który Was nie słucha. A nie jest czasem przeciwnie? Może to Wy nie słuchacie tego co Pan Bóg do Was mówi? Ludzie przyzwyczaili się już do tego, że wszystko mają podane na tacy. Jak czegoś nie wiemy to wpisujemy w Google, zamiast zajrzeć do encyklopedii i zadać sobie trochę trudu. I tak samo jest z słuchaniem i dostrzeganiem Boga. Myślisz, że Pan Bóg od razu da Ci jasną odpowiedź? Zmówisz dziesiątkę Różańca i po sprawie? Oj nie, Drogi Czytelniku! : ) Czasem na odpowiedź naszego Ojca musimy trochę poczekać. Pan Bóg odpowiada na nasze pytania i prośby stawiającej na naszej drodze rozmaitych ludzi, doświadczając nas różnymi sytuacjami. I to my sami musimy nauczyć się dostrzegać Jego działanie w naszym życiu, bo gwarantuje Wam, że Pan Bóg nigdy nie wolnego dnia, nie ma wakacji, nie ma magicznego przycisku „Off” – On nigdy nie zostawia nas samych. Opiekuje się nami 24 godziny na dobę i przez ten cały czas daje nam rozmaite znaki, które mi sami musimy odczytać. Sytuacje, które z początku wydają nam się złe i karą od Boga, czasem są właśnie takim znakiem. Rok temu nagle zmarł mój wujek i to był moment, w którym Pan Bóg powiedział mi i mojej najbliższej rodzinie „STOP! ZATRZYMAJ SIĘ! Nie zostawiaj nic na później. Spotykaj się z rodziną, tak często jak tylko jest to możliwe. Załatwiaj każdą sprawę do końca. Powiedz każdemu to co masz mu do powiedzenia, bo może zabraknąć Ci czasu…”



Msza Święta - spotkanie z Bogiem czy przykry obowiązek?




Jak co niedzielę poszłam do kościoła. Wyszłam trochę za późno, bo wszystkie miejsca siedzące były już zajęte. Co bardzo mnie zadziwiło, ale jednocześnie ucieszyło, ponieważ kościół w mojej parafii jest bardzo duży i często było bardzo dużo wolnych miejsc. Już po 15 minutach zrobiło mi się strasznie duszno i słabo, cofnęłam się do tyłu, stanęłam obok drzwi. Niestety również i tam było strasznie gorąco, dlatego musiałam wyjść z Kościoła i stanąć przed drzwiami wejściowymi. Na dworze stały trzy rodziny z małymi dziećmi.

Czas posprzątać ten bałagan!

Jak często sprzątasz dom, w którym mieszkasz? Pewnie co najmniej raz w tygodniu. Sprzątasz dlatego, że źle Ci się żyje w brudzie, wolisz świeży, pachnący pokój niż stertę niepoukładanych ubrań. Zanim zaczniesz sprzątać, najpierw musisz zdać sobie sprawę z tego, że w danym pomieszczeniu jest bałagan. Jak już zdasz sobie sprawę z tego, że trochę tu brzydko pachnie, zabierasz się do sprzątania. Najpierw sprzątasz dom, odkurzasz, myjesz podłogi, układasz rzeczy, a na końcu zmęczony sam idziesz się wykąpać. Tak samo jest w naszym życiu. Niestety czasem w nasze sumienie wda się bałagan. 

Krzyż i trupia czaszka (?)

 Jak można robić z Krzyża ozdobę, mające takie samo przeznaczenie jak naszyjnik, czy kolczyki. Zachęcam o przeczytania i podania dale - może niektórym otworzy to oczy. Mam nadzieję, że Wy nie kupujecie takich ozdób :)

Wakacje czas błogiego odpoczynku, ale...

Wakacje bez Boga nie mają sensu! Pamiętajcie o tym :)  W wakacje często zapominamy o Bogu. Przecież mamy wiele ciekawszych zajęć niż uczestnictwo we Mszy Świętej. Szukamy sobie wymówki, a to, że gorąco, że duszno, że ładna pogoda i lepiej poleżeć na plaży. Przecież skoro chodzę na Mszę Świętą przez 10 miesięcy to należy mi się odpoczynek, trochę relaksu. Napisałam to trochę sarkastycznie. Niestety bardzo wiele osób tak myśli. Tylko, czy Pan Bóg robi sobie wakacje od nas? NIE! Pan Bóg nie ma wakacji, opiekuje się nami cały czas. Wysłuchuje naszych próśb 24 godziny na dobę, 12 miesięcy w roku. To dlaczego tak wielu z nas zwłaszcza w okresie letnim zapomina o Bogu? Może dlatego, że mamy mniej problemów, jesteśmy bardziej zrelaksowani. Jak mówi stare powiedzenie „Jak trwoga to do Boga”.  Z ogromnym przerażeniem patrzę na puste Kościoły w niedzielę. Co z tego, że są wakacje?! „PAMIĘTAJ, ABY DZIEŃ ŚWIĘTY ŚWIĘCIĆ” – to przykazanie obowiązuje nas przez 12 miesięcy w roku. Są różne wymówki, a jedna, którą usłyszałam w zeszłym roku brzmiała „Ale przecież wyjechałam i nie mogłam być na Mszy Świętej w swojej parafii.” Jeśli nie masz możliwości uczestniczenia we Mszy Świętej w swojej parafii to przecież możesz iść do innego Kościoła! :) Moi Kochani! Nie szukajmy sobie wymówek, nie oszukujmy samych siebie i Boga. Nie wyobrażam sobie nie iść do Kościoła w niedzielę i święta. Idę na spotkanie z moim Panem nawet jak źle się czuję i jestem bardzo zmęczona. Musimy zwalczać w sobie lenistwo! :)
Stworzyłam na facebook’u akcję „Nie ma wakacji bez Boga!” – zachęcam do wzięcia udziału :)



Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego jest SPOKO! ;)

Właśnie podjęłam Duchową Adopcję Dziecka Poczętego (3.05.2013r.) i jestem meeegaa szczęśliwa! :)) To niesamowite żyć ze świadomością, że moja modlitwa, może uratować komuś życie! Nigdy wcześniej nie odczuwałam tak ogromnej radości jak dzisiaj! ;)))

PODEJMIJ DUCHOWĄ ADOPCJĘ JUŻ DZIŚ! :)
Dla osób niewtajemniczonych:
Pełna poprawna nazwa brzmi: „Duchowa Adopcja Dziecka Poczętego Zagrożonego Zagładą”. Nie jest to więc adopcja prawna dziecka po urodzeniu, pozbawionego opieki rodzicielskiej, do rodziny zastępczej, ale adopcja duchowa dziecka poczętego zagrożonego zabiciem w łonie matki. Wyrażana jest osobistą modlitwą jednej osoby o ocalenie życia dziecka wybranego przez Boga Dawcę Życia.Trwa przez 9 miesięcy, okres wzrostu dziecka w łonie matki. Zobowiązanie adopcyjne, poprzedza przyrzeczenie, które je utwierdza. Ogólnie rzecz biorąc, strona jest adresowana do ludzi młodych, którzy są potencjalnymi „współtwórcami” ludzkiej populacji, adresowana jest do osób wchodzących w związki małżeńskie i dla młodych małżeństw, do pracowników położnictwa, do osób, które popełniły aborcję (do aborcji namawiały, lub przymuszały), do kleryków seminariów duchownych i księży, do potencjalnych i praktykujących animatorów Duchowej Adopcji, do członków przyparafialnych ruchów oraz poradni przedmałżeńskich i rodzinnych, do osób nie zdecydowanych i wątpiących, ale i do ludzi gorliwej wiary. Wiedza i podejmowanie Duchowej Adopcji ma odwodzić od zamiaru popełnienia aborcji lub niszczących ludzkie zarodki praktyk „in vitro”. Wiedza i podejmowanie tej posługi ma służyć kształtowaniu postaw pro rodzinnych. Osobom, które popełniły grzech aborcji, czy „in vitro”, lub w jakiś sposób w niej uczestniczyły, Duchowa Adopcja przywraca równowagę ducha i usuwa udrękę sumienia (syndromu postaborcyjnego).
Duchowa Adopcja umacnia ludzi w zdrowych zasadach moralnych, buduje w rodzinie poczucie więzi, wzajemnej miłości, bezpieczeństwa i solidarności, a nie zakłócony rozwój prokreacji jest gwarancją bezpiecznej egzystencji narodu.
Apeluję tutaj głównie do młodych! Podejmujcie Duchową Adopcję. Zobaczcie jaką będzie czuć radość, satysfakcję, że dzięki Waszej modlitwie i poświęceniu uratowaliście życie ludzkie! :)
Żeby przekonać Was do podjęcia modlitwy, zamieszczam kilka świadectw:
Świadectwo:
Z Dziełem Duchowej Adopcji zetknęliśmy się, kiedy jeszcze byliśmy narzeczonymi. Wspólnie postanowiliśmy, włączyć się w to dzieło. Moment uroczystego ślubowania, był dla nas wielkim przeżyciem. Niełatwo było jednak, uświadomić sobie, że oto nagle, nie będąc jeszcze małżeństwem, każde z nas, stało się rodzicem jednego, Bogu jedynie wiadomego dziecka. Jednak owoce tej modlitwy dały się odczuć w naszym życiu w sposób namacalny. Codzienna modlitwa w intencji tego dziecka, wzmocniła naszą więź z Bogiem, pozwoliła przezwyciężyć wiele pokus, a przede wszystkim, to co sprawiło nam szczególną radość – dotrwać w czystości do ślubu. Po zawarciu sakramentu małżeństwa, postanowiliśmy duchowo adoptować kolejne, trzecie dziecko. To zobowiązanie, wspólnie przez nas zrealizowane, jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyło, pomogło przetrwać pierwsze kryzysy. Kiedy podjęliśmy, czwartą duchową adopcję, okazało się, że sami oczekujemy na narodziny dziecka. Nasza radość była ogromna. Jednak w trzecim miesiącu ciąży, bardzo źle się czułam. Lekarz poinformował mnie, że jestem chora na różyczkę, połączoną z zapaleniem płuc. Jego zdaniem, ciążę należało, natychmiast usunąć, gdyż zagrażała ona mojemu zdrowiu, a i dziecko najprawdopodobniej urodzi się mocno uszkodzone. Jak boleśnie to przeżyliśmy, jedynie Pan Bóg wie, do którego też ze zdwojoną gorliwością, zaczęliśmy się modlić. Nasza ufność i zawierzenie Bogu rosło, w miarę zbliżania się terminu rozwiązania. Ale tego, jaką niespodziankę, przygotował dla nas Dawca Życia, nie byliśmy w stanie przewidzieć. W dniu, kiedy kończyła się nasza czwarta duchowa adopcja, narodził się nam synek – cały, zdrowy i radosny. Obecnie ja, jak i nasz czteromiesięczny maluch, cieszymy się zdrowiem i wciąż dziękujemy Bogu, za to, co dla nas uczynił.
Świadectwo animatorki duchowej adopcji
W trakcie rekolekcji, po wygłoszonych konferencjach zdarza się, że podchodzą do mikrofonu osoby, które składają świadectwa, dotyczące własnych osobistych przeżyć…Jako przykład, podam jedno zdarzenie. Kilka lat temu, poproszono nas o przeprowadzenie duchowej adopcji w sanktuarium kalwaryjskim. Wielu ludzi podjęło wówczas to wyzwanie. Z czego bardzo się cieszyliśmy. Minął rok, kiedy ponownie pielgrzymowaliśmy do Kalwarii. Wówczas na Górze Ukrzyżowania, podeszła do mnie mama z maleńkim dzieckiem na ręku i zaczęła dzielić się swoim świadectwem: „Proszę pani, to dziecko żyje dzięki duchowej adopcji. W ubiegłym roku, gdy przyjechaliśmy do kalwaryjskiego sanktuarium, ja byłam w stanie błogosławionym. Wówczas nie chcieliśmy przyjąć tego dziecka. Uczestniczyliśmy we Mszy Świętej, podczas której, właśnie pani mówiła o dziecku, jako wielkim darze od Boga. Oboje z mężem mieliśmy wrażenie, że w intencji naszego dziecka, już ktoś codziennie się modli. Nie wyobrażam sobie w tej chwili takiej sytuacji, aby moje łono, miało być grobem dla mojego synka”. Często zdarza się, że po konferencji podchodzą osoby ze strasznym płaczem i pytaniami: dlaczego wcześniej nie wiedzieli o wartości i darze ludzkiego życia. Wiele kobiet, które dopuściły się tzw. aborcji, pragnie krzyczeć „nie czyńcie tego”


Świadectwo kobiety po aborcji
Jestem ósmym dzieckiem z dziesięciorga w rodzinie, z której się wywodzę. Moje małżeństwo rozpadło się 17 lat temu, z powodu nadużywania alkoholu przez mojego męża. Dziś wiem, że nie alkohol był przyczyną rozpadu małżeństwa, lecz zanik funkcji sumienia, wyrażający się zerwaniem więzi uczuciowej z mężem, z powodu zabicia poczętego dziecka. O syndromie postaborcyjnym, jego objawach i skutkach, dowiedziałam się w czasie rekolekcji formacyjno-szkoleniowych dla animatorów duchowej adopcji na Jasnej Górze. Gdy informacje te porównałam z moimi osobistymi doświadczeniami, przekonałam się, że są identyczne z tym, co sama przeżyłam. Uświadomiłam sobie ponadto, że stan bezładu sumienia, spowodowany aborcją, jakiemu uległam, również obecnie w Polsce, jest udziałem setek tysięcy osób uzależnionych, a jego tragiczne konsekwencje są nieobliczalne. Dzieciobójstwo uczyniło ze mnie człowieka niezdolnego do miłości i do jakichkolwiek ludzkich uczuć. Nie potrafiłam płakać. Nie byłam zdolna reagować na ból ani na zło, nawet w najtragiczniejszych chwilach mego życia (nieszczęścia rodzinne, choroby dzieci, śmierć bliskich osób). Otępiałam… Wynajdywałam argumenty, odrzucające moją odpowiedzialność i winę za ten czyn. Stawałam się coraz bardziej zatwardziała w grzechu. Zło wtargnęło do mego wnętrza. Oddaliłam się od Pana Boga. Po rozwodzie, gdy zostałam sama z dwoma dorosłymi synami, nie potrafiłam sprostać moim obowiązkom rodzicielskim. Miałam problemy wychowawcze. Synowie popadli w alkoholizm. W tym stanie wewnętrznej rozterki i zatracenia, Bóg dotknął mnie Łaską Swego Miłosierdzia – skruchą i głębokim żalem. Za pośrednictwem Maryi Niepokalanej, zbliżyłam się do Boga. Moje życie zaczynało się powoli zmieniać. Zaczęłam odzyskiwać zdolność płaczu. Prosiłam o przebaczenie i by Dobry Bóg zrobił coś z tą moją resztą – z tymi strzępami nieudanego życia. Cała zawierzyłam się Jezusowi i Jego Matce. Przypadkowo uczestniczyłam we Mszy Świętej uzdrowieniowej braci z Odnowy w Duchu Świętym. Celebrans powiedział, żeby każdy podjął w swym sercu jakieś postanowienie zadośćuczynienia za popełniony w swym życiu grzech. Przebiegłam myślami wszystkie moje grzechy i zranienia duszy : W rozważaniach tych wybijało się nieustannie jedno postanowienie: „Za każdą matkę w stanie błogosławionym, którą kiedykolwiek spotkałam na mej drodze, odmówię Zdrowaś Maryjo, w intencji jej szczęśliwego macierzyństwa i urodzenia zdrowego dziecka”. Chwilami zastanawiałam się, czy jest sens modlić się za jakieś obce i nieznane, poczęte dziecko. Czy jest w tym jakiś sens ? Po rozważeniu uznałam to jednak za zupełnie słuszne. Zatem, to co postanowiłam – wypełniłam. Wypełniałam skrupulatnie przez dwa lata. O tym, że modlitwa za nieznane, poczęte dziecko jest prawdziwym Bożym Natchnieniem, przekonałam się w 1995 roku na Jasnej Górze. W Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej, uczestniczyłam we Mszy Świętej, w czasie której lud Boży składał przyrzeczenie Duchowej Adopcji nieznanego, poczętego dziecka. Wtedy też, po raz pierwszy usłyszałam o takim apostolstwie – Duchowej Adopcji. Wyjeżdżając z Częstochowy, trzymałam w ręku książeczkę – instrukcję dla animatorów Duchowej Adopcji. Chciałam właściwie tylko przyjąć w duchową adopcję nieznane, poczęte dziecko, a nie podejmować się obowiązków animacji. Wydawało mi się to zbyt trudne. Ale tak się złożyło, że zaczęłam zapraszać i namawiać inne osoby do podejmowania Duchowej Adopcji. W wyniku tego uczynku, odczułam wyraźne natchnienie i zachętę, płynącą od Matki Bożej, bym się zaangażowała w posługę animacji. Bóg w swej niezmierzonej dobroci, zaczął stawiać na mojej drodze drogowskazy miłości i bezinteresownej ofiarności, których wskaźnikami byli ludzie, wydarzenia i natchnienia. Przyrzeczenia Duchowej Adopcji w mojej parafii po raz pierwszy przygotowałam i obsłużyłam 8 grudnia 1995 roku. Doznałam wielkiej ulgi. Rozpierała mnie radość i szczęście. Odnalazłam cel mego dalszego życia. Dziękowałam Matce Najświętszej, za łaskę opieki i odnalezienia tej drogi. Odkąd dobrowolnie weszłam na moją ścieżkę miłości miłosiernej, praktykując i pielęgnując Duchową Adopcję, Bóg obdarował mnie i moją rodzinę szczególnymi łaskami: obydwaj synowie wyleczyli się z nałogu pijaństwa, mąż mój podjął próbę abstynencji od alkoholu, a ja modlę się za moje przybrane dzieci i odczuwam wielką ulgę zadośćuczynienia.



Wierzący ale niepraktykujący

Dzisiaj chciałam poruszyć ten temat, ponieważ bardzo mnie on denerwuje. Nie rozumiem ludzi, którzy nazywają siebie wierzącymi katolikami ale niepraktykującymi. Co to znaczy? Rozumiecie coś z tego? Bo ja niewiele. Kim jesteśmy, że możemy sobie wybierać przykazania do których będziemy się dostosowywać? ”Pamiętaj, abyś dzień święty święcił.” - bardzo ważne przykazanie! Każdy wierzący i ochrzczony w imię Chrystusa ma obowiązek uczestniczyć co niedzielę w Mszy Świętej. Eucharystia jest to pamiątka i uosobienie Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa. Ludzie, którzy dobrowolnie nie uczestniczą we Mszy Świętej z biegiem czasu oddalają się coraz bardziej od Boga. Nie przyjmują Komunii Świętej, czyli nie chcą żeby Pan Bóg zamieszkał w ich sercu. Bynajmniej jak tak to rozumiem, ciężki mi stwierdzić czym kierują się ci ludzie i dlaczego odrzucają Boga. W sumie jak przeczytasz sobie tytuł tej notki, to pewnie pomyślisz, że brzmi to całkiem sensownie. Wierzący no bo przecież wierzy w Boga, niepraktykujący, bo nie chodzi do kościoła, nie stosuje się do przykazać – logiczne ale czy taką osobę można nazwać wierzącą? Ktoś kto nie chodzi do Kościoła odrzuca możliwość korzystania z sakramentów. Czy nie są to początki hipokryzji?
 „Wierzę (…) w jednego Pana Jezusa Chrystusa. (…) On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas, pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany”
Zdajecie sobie sprawę co oznaczają te słowa? Czy można wierzyć w Boga i nie pofatygować się na niedzielną Eucharystię? Przecież jak można wierzyć w te słowa i nie wybrać się na spotkanie z Kimś kto totalnie bezinteresownie, umarł za nas na Krzyżu? Nie można!    Przypomnij sobie teraz ten moment, kiedy po raz pierwszy się zakochałeś/aś. Pamiętasz jak biegłeś/aś na spotkanie z ukochanym/ukochaną? Tak sobie powinnaś/powinieneś biec na spotkanie z Bogiem! : )
„Powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a Królestwu Jego nie będzie końca”. „Oczekuję wskrzeszenia umarłych i życia wiecznego w przyszłym świecie”.
A ten fragment? Czy można wierzyć w życie wieczne, a jednocześnie zabiegać tylko o dobra ziemskie, o poprawienie swoje ziemskiego życia, bytu? Pisałam już o tym wcześniej. Przed Bogiem nie staniesz z 5 samochodami, 6 domami i 9 zerami na koncie. Przed Bogiem to nie będzie się liczyło, będzie liczyły się jedynie Twoje dobre uczynki, Twoje serce, sumienie. Pana Boga nie przekupisz, a za żadne nawet ogromne pieniądze nie kupisz sobie Raju.
„Wierzę w jeden, święty, powszechny, apostolski Kościół.”
To jest chyba zdanie, które idealnie pokazuje, że niemożliwe jest bycie osobą wierzącą ale niepraktykującym. Nie da się wierzyć, że Kościół jest jeden i jednocześnie nie włączać się we wspólnotę ludzi wierzących.
Podsumowując uważam, że osoba, która nie uczestniczy w Eucharystii, nie przyjmuje sakramentów i nie stosuje się do przykazań nie ma prawa nazywać siebie katolikiem wierzącym ale niepraktykującym. Tacy ludzie absolutnie NIE są katolikami, a jedynie oszukują samych siebie, szukają wymówki. Jak doskonale wiemy z Ewangelii, stanięcie w prawdzie przed samym sobą jest pierwszym krokiem ku nawróceniu…


Czy to czasem, nie tak działa?

Dwie Świątynie

Ostatnio bardzo często przeraża mnie ilość osób robiących zakupy w supermarketach w niedzielę. Wiele razy, kiedy przejeżdżałam samochodem obok większych sklepów, parkingi były pełne samochodów. Straszny widok! W Niedzielę powinniśmy iść do Kościoła i spędzić ten ŚWIĘTY dzień z rodziną na wspólny spacerze, uroczystym obiedzie, a potem odpocząć i zebrać siły na kolejny tydzień. W pewną niedzielę umówiłam się z koleżanką na spacer. Postanowiłyśmy się przejść trochę dalej niż zwykle. Poszłyśmy na inne osiedle, na którym zaraz obok kościoła jest wybudowany supermarket. Przeraziłam się, kiedy zobaczyłam, że ludzie wręcz wybiegają z Domu Bożego, żeby załapać się na promocję. Prawie sobie nogi połamali… Wymieniłyśmy tylko porozumiewawcze spojrzenia z koleżanką – zabrakło nam słów. Dla tych ludzi owy market był drugą świątynią. Szybciej i chętniej biegli na spotkanie z przecenionym twarożkiem, niż na spotkanie z Bogiem. Na szczęście byli też ludzie, którzy podobnie jak my patrzyli na te osoby ze zgorszeniem. Prawdziwi katolicy tak się nie zachowują! Ludzie chyba czasem nie zastanawiają się, że przez nich, osoby pracujące w sklepach nie mogą spędzić tego świętego dnia z rodzina. Gdybyśmy nie robili zakupów w niedzielę, wszyscy moglibyśmy świętować.
Mam do Was prośbę, żebyście nie zachowywali się jak te osoby. Niech to będzie pewien rodzaj naszego protestu, wyrażenia sprzeciwu wobec tej sytuacji.
Jest tylko jedna świątynia, jest nią KOŚCIÓŁ, a nie market.
No chyba, że… według Ciebie ważniejszy od Boga  jest twarożek czy nowa bluzka :)

Pamiętaj, abyś Dzień Święty święcił!

Modlitwa pomocą w nauce!

Witajcie! :)
Modliliście się kiedyś przed i po nauce? Jeśli nie to proponuję zacząć to robić, będzie Wam duuużooo łatwiej :)
MODLITWA PRZED NAUKĄ
Duchu Święty, który oświetlasz serca i umysły nasze, dodaj nam ochoty i zdolności, aby ta nauka była dla nas z pożytkiem doczesnym i wiecznym. Przez Chrystusa, Pana naszego, Amen.

MODLITWA PO NAUCE
Dzięki Ci Boże za światło tej nauki. Pragniemy abyśmy nią oświeceni mogli Cię zawsze wielbić i wolę Twoją wypełniać na wieki. Przez Chrystusa Pana naszego, Amen.





„Zawsze wydaje się, że w innym miejscu będzie lepiej”

Często mówimy sobie, że ktoś ma lepiej od nas. Narzekamy na brak markowych ubrań, na złe oceny w szkole i zazwyczaj winne zrzucamy na Boga. Pytamy: „Boże dlaczego ona ma lepiej ode mnie.”, „Dlaczego ona ładnie śpiewa, a mnie nie obdarzyłeś takim talentem”. Jesteśmy egoistami widzimy tylko czubek własnego nosa i nie dostrzegamy, że są ludzie na świecie, którzy mają o wiele gorzej, a NIE narzekają! Postawmy się w sytuacji biednej, wielodzietnej rodziny, której brakuje pieniędzy na wyżywienie dzieci. Ci ludzie nie narzekają, tylko szukają rozwiązania swoich problemów, nie obwiniają nikogo i starają się zaakceptować tę sytuację. Szukają wsparcia w rodzinie, przyjaciołach, osobach duchownych.
Nauczmy się zaakceptować Bożą wolę, zawierzmy Mu swoje problemy ale nie obwiniajmy go nie krzyczymy! Każde cierpienie ma sens i jest drogą do Zbawienia.
Panie, przyjmuję z godnością cierpienie, jeśli jest ono zgodne z Twoją wolą. Nie proszę Cię o zdjęcie ze mnie tego Krzyża, lecz proszę Cię o siły, o wytrwałość w pokonywaniu moich słabości i zadań, które przede mną postawiłeś.
Amen

środa, 25 września 2013

Musicie być piękni...

… w swoim sercu.
Świat jest piękny dzięki temu, co w Tobie jest piękne. Bez Ciebie nie byłby tak piękny, Bóg Cię stworzył jako cząstkę tego wspaniałego planu, jesteś Jego zamysłem. Piękno to traci wartość, kiedy Ty wybierasz zło, dlatego zawsze kieruj się dobrem i dąż do doskonałości. Zmieniaj świat na lepsze zmieniając siebie, bo to jaki jesteś buduje lepszy świat.